Pokazywanie postów oznaczonych etykietą video. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą video. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2009

Vicky Cristina Barcelona

Polecam, ubawiłem się setnie. Woody Allen genialny jak zawsze. I nie piszcie, że temat banalny, bo banalny nie jest. Głównym przesłaniem filmu jest bowiem teza, że doświadczenie niczego nie (na)uczy. I dobrze, bo zamiast ludzi po świecie łaziliby sami naukowcy. Penelopa C. boska.
Ktoś wie czy to ona śpiewa główny przebój filmu?



Wywiad z Penelopą. Mówi, że następny jej film to musical. Super.
Yar

środa, 22 kwietnia 2009

Na pohybel

Filmik zrobił na mnie wrażenie, więc wieszam. Na pohybel (dawniej na szubienicę) damskim bokserom, nerwuskom i innemu dziadostwu.

sobota, 21 marca 2009

Brudne, męskie buty - scenka

Marian umówił się z Tadeuszem w sopockim Złotym Ulu. Wiele lat temu grał tam na fortepianie miły, starszy człowiek, z którym lubił gawędzić. W przerwie wychodzili razem na zaplecze i Marian częstował pianistę dobrym, amerykańskim papierosem. Bo trzeba powiedzieć, że Marian palił mało, ale za to dobrze.


Rozmawiali na różne tematy, czasem też o kobietach. Pianista, jako człowiek starszy i doświadczony, udzielał dużo młodszemu towarzyszowi ważkich, życiowych wskazówek. Między innymi o tym jak poruszać się w przedziwnym świecie kobiet.
- Trzeba być zawsze uważnym – mówił, strzepując w charakterystyczny sposób, długim, wypielęgnowanym palcem, popiół z papierosa. - Musisz je bacznie obserwować i wyciągać wnioski. To świat zmieniający się dynamicznie, bez żadnych, znanych nam standardów.
- Słyszałem o tym – odpowiadał poważnie Marian i obaj zaciągali się dymem rozmyślając chwilę o owym zaczarowanym świecie.
- Musisz mieć zawsze czyste buty i nie używać mocnych słów. Zwłaszcza przy kobietach samotnych. Naskoczą na ciebie, a w kupie są silne, mimo że udają słabe. Nawet nie zauważysz jak cię zatłuką, zetrą na miazgę. Jeśli zrozumieją, że jesteś bezużyteczny.
- Bezużyteczny do czego? - pytał wtedy Marian.
- Do niczego - odpowiadał stary pianista i wypuszczał piękne koło z dymu.
- A do czego potrzebny jest właściwie kobiecie mężczyzna? – pytał po chwili Marian, zerkając na przemykające po zapleczu kelnerki.
- Tego nigdy się nie dowiesz. To ich tajemnica. Moi koledzy powiadają, że one same nie wiedzą. Poza tym to też się zmienia jakoś tak dynamicznie. Konia z rzędem temu, kto wie o co chodziło Nastazji Filipownej w Idiocie, prawda?
- No ale skoro nie wiadomo o co chodzi, to może chodzi, wie pan o co?
- To obiegowa, mizoginiczna opinia Marianie, nie powtarzaj jej - odpowiadał wówczas, trochę może zbyt nerwowo, pianista - to wytrych, którego mężczyźni używają zamiast klucza. Prawda, potrafi on otworzyć wiele drzwi, ale nigdy to nie będą twoje drzwi Marianie.

Po tych słowach gasił uważnie w popielnicy papierosa, kłaniał się i wracał do pracy. Marian zostawał jeszcze chwilę na zapleczu patrząc w ślad za niknącym w zadymionej sali mężczyzną. A gdy dochodziły go pierwsze nuty strego przeboju „Smoke gets in your eyes...” wstawał wolno i wychodził tylnym wyjściem, uśmiechając się do niezbyt młodej kobiety na zmywaku. Z pewnością bardzo samotnej, bo przyglądała się z wielką uwagą jego butom.

A Tadeusz znów nie przyszedł.
...yar

poniedziałek, 23 lutego 2009

O trudnej miłości do blogów i komentujących

Na W24 potworna afera związana z poprzednią notką dydaktyczną, do której się, przykro to mówić, przyczyniłem. Jest nieprzyjemnie, więc postanowiłem trochę popisać tu. Aż się tam uspokoi. A o czym pisać na blogu jak nie o blogach?
Państwo wybaczą, że dziś będę trochę sentymentalny.

Pamiętam swojego pierwszego bloga. Był jak pierwsza miłość. Cudny, wypieszczony. Wszystko w nim fascynowało tajemniczością, a świat wkoło kwitł, choć była późna jesień. Szablon wybierałem kilka dni. Szukałem nie bardzo infantylnego, ale też uważałem, by nie był zbyt męski, szowinistyczny. Żeby nie wystraszył kobiet, bo jak wiadomo, komentujące kobiety to sól bloga. Nie chciałem też by sugerował w jakiś sposób tematy notek, bo przecież nie miałem pojęcia o czym będę pisał.


Moja pierwsza notka / fot. BERG

Pierwszy wpis był jak defloracja. Nie będę opisywał szczegółów, ale łatwo nie poszło. Trochę przypominało poród. Nie wiem co czuje kobieta rodząca, ale słyszałem jak krzyczy. Pierworodny, którego na blogu urodziłem też było rozwrzeszczany. Niczym Gargantua.

Treści pierwszej notki dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że wydawała mi się lekka, a zarazem bardzo mądra. Nikt jej nie skomentował. Choć siedziałem wpatrzony w monitor całą godzinę, odświeżając co kilka sekund. Do czwartej nad ranem żaden komentarz się nie pojawił. O szóstej też nie było. Pomyślałem, że może ich przytkało, taka cudowna notka. Niepokoiło mnie tylko, że innych utalentowanych bloggerów komentowali. Na drugi dzień napisałem następną, potem trzecią i czwartą. I nic. Aż wreszcie urodziłem notkę genialną. Coś o egzystencjalizmie, trosce, Dasein itp. Wsadziłem w nią masę pracy i jeszcze więcej serca. I wreszcie pojawił się pierwszy komentarz. Mój pierwszy komentarz na moim pierwszym blogu pod genialną notką! Wyczekiwany i wytęskniony. Niczym nowy pączek storczyka podniesionego z martwych.

Komentarz był koszmarny i zupełnie nie na temat. Mało się nie rozpłakałem. Cały dzień łaziłem wkoło komputera nie wiedząc co zrobić. Co napisać. Żeby nie wystraszyć innych, przyszłych komentujących, a jednocześnie delikatnie zasugerować autorowi, że jest kompletnym debilem. Że niczego nie zrozumiał, źle odczytał i nie myśli. (Teraz sądzę, że pewnie trochę myślał, ale niewłaściwie). Wszedłem nawet na jakiś czat dla bloggerów i pytałem co z tym zrobić.
Po trzech obłąkańczych dniach i po czterech piwach nabrałem odwagi i wywaliłem blog razem z notkami i komentarzem w kosmos. Klasyczne delete z shiftem.

Drugi blog był dziwny. Walczący. Nerwowy. Zamknąłem go po miesiącu, bo komentatorzy nadal nie komentowali jak należało. Myślę, że rozumiecie. Oni nie komentowali moich artykułów tak, jak zasługiwałem, by mnie komentowano. Napisałem nawet cykl notek na temat właściwego, rozsądnego komentowania. I nic. Spierali się ze mną nadal nie w sprawach, na które liczyłem, a roztrząsali jakieś głupoty, które do roztrząsania zupełnie się nie nadawały. Próbowałem ich dyscyplinować, podpowiadać, wszystko na nic. W końcu coś pękło. Nie pisałem tydzień. Nawet nie zaglądałem na bloga. Cierpiałem.
Przed kolejnym delete wygłosiłem dramatyczną odezwę do narodu. Pisałem w niej, że jeśli się nie poprawią, internet zamieni się w dół kloaczny. A świetni autorzy (miałem głównie siebie na myśli) przestaną zupełnie pisać.

Potem był trzeci, czwarty, piąty blog. Myślę, że ludzie wzięli do serca mój apel, bo komentarze się zmieniły. Już mnie tak nie denerwowały. Dochodziło nawet do krótkich dyskusji. Nie wszystko kończyło się pyskówkami i wylewaniem pomyj. Coraz dłużej blogi trwały. Piąty prawie pół roku. Musiałem go, niechętnie, zamknąć, z powodu pewnej kobiety, która stwierdziła, że jestem nadęty i coś tam jeszcze, czego wstyd powtórzyć.
Tym razem nie pisałem odezwy do społeczności internetowej. Stworzyłem wiersz, który w prostych, żołnierskich rymach, wyrażał mój ból i rezygnację. Nie było w nim cienia dąsu.

To jest mój enty blog. Jak enta miłość. Powszedni, niezbyt już ekscytujący, trochę nieświeży, nostalgiczny. Kiedy go ukatrupię? Zależy wyłącznie od komentujących.
Bo przecież nie ode mnie.

Posłuchajcie teraz prawdziwego geniusza. Fortepianu:

video: genialny Thelonious Monk Quartet - Epistrophy (Paris, 1966)