Yar
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 maja 2009
Z cyklu: Zapiski poranne
Ostatnio wstaję wcześniej. Prawdopodobnie dlatego, że wcześniej się budzę. A to pewnie z powodu starczej demencji. Tak więc wstaję wcześniej i snuję się po mieszkaniu oszukując sam siebie, że moje wcześniejsze budzenie ma jakiś sens. Choć wiem, że nie ma. W czynnościach porannych poszukuję motywu tego porannego zamieszania. Początkowo wyglądałem przez okno. Świat przed godziną siódmą wygląda dziwacznie. Obco. Nawet latem. Niskie słońce powoduje, że obserwując ludzi na przystanku, przypominałem sobie wczesne wyjazdy do bazy studenckiej w Kretowinach koło Morąga. Lub do Warszawy po coś, co tylko stolica jest w stanie dać człowiekowi z prowincji. Łazienki z pomnikiem Chopina, albo Krakowskie Przedmieście, zakończone ładnym akcentem zamkowym. Teraz już nie wyglądam przez okno, bo mi świat porannej drzemki spowszedniał. Obecnie, jak już rzekłem, szukam sensu dla skutków starczej demencji i zajmuję się czynnościami, które w jakiś sposób mogłyby moje poranne istnienie usprawiedliwiać. Tak więc głównie powolutku wlewam wodę do Brity. By z pomocą czyściutkiego niemieckiego filtra, przefiltrować jak najwięcej polskiej, brudnej wody. Tak, by starczyło jej aż do obiadu. Może nawet na zupę. Jakby nie można było dopełnić po śniadaniu. Ale przecieć szukam sensu więc stoję jak ten kołek i uważnie patrzę czy się nie przelewa i czy równo ciurka. Zawsze, gdy patrzę na ten wielki, czyściutki, perfekcyjny, niemiecki dzbanek do filtrowania, mam wyrzuty sumienia, że nie kupiłem polskiego odpowiednika - Anny. Podobno Anna jest równie dobra, a do tego to nasza - polska myśl inżynierska. Nie gorsza niż niemiecka, bo wykoncypowała równie dobry dzbanek, z filtrem, który niczym nie ustępował niemieckiemu. A do tego pasował do niemieckich dzbanków i był o połowę tańszy. Teraz Niemcy wymyślili, na złość polskim naukowcom, nowy dzbanek z nowym filtrem. I ja, na przekór polskim inżynierom, którzy znów muszą kombinować, kupiłem ten nowy dzbanek Brita. Na usprawiedliwienie mojego braku patriotyzmu powiem, że nie miałem pojęcia o istnieniu Anny, gdy nabywałem w markecie Britę. Dowiedziałem się dopiero następnego dnia, gdy chciałem napełnić dzbanek, ale nie miałem pojęcia jak. W instrukcji było napisane jak zamontować filtr, jak włączyć, przypominający o wymianie filtra, elektroniczny wskaźnik, jak elektroniczne diabelstwo utylizować (ani słowa w ślicznie wydanej, niemieckiej instrukcji nie napisano o utylizacji brudnych filtrów pełnych gówna), lecz ile lać wody, jakim strumieniem i czy filtr może stać zalany, nie napisali. Dlatego wszedłem na jakieś forum dla młodych matek, a tam wojna polsko niemiecka o wyższość Anny nad Britą i przeciwnie. Dzieci z Bulerbyn psia ich mać i ani słowa ile wody nalać, żeby było perfekcyjnie, po niemiecku. Tak więc nalewam w dzikie poranki wodę do niepolskiego dzbanka po naszemu. Jakbym lał do Anny. I już się tak nie wstydzę mojego nieładnego kosmopolityzmu.
piątek, 24 kwietnia 2009
Niech żyje Ministerstwo Finansów!
Nadeszły piękne czasy. Wypełniłem dziś i wysłałem wprost do Ministerstwa Finansów nasz wspólny z żoną PIT37. Zrobiłem to między wykonaniem wyciągu fortepianowego, a przejrzeniem nowych zdjęć z aparatu, oraz zamówieniem nowej lustrzanki. Wszystko to nie wstając od komputera. Ruszyłem się tylko po to, by rozkoszując się promieniamu wiosennego słońca, zjeść pstrąga na balkonie. (Nie więcej niż sześć metrów od stanowiska komputerowego). Gdy powróciłem najedzony, czekało już na mnie potwierdzenie z Ministerstwa, że PIT przyjęto, oraz ze sklepu, że towar będzie wysłany w poniedziałek. Drogę mojej nowej lustrzanki będę mógł śledzić na stronie sklepu, a PIT'u w specjalnym programie. Czyż to nie cudowne?
Zaoszczędzony tym sposobem czas spożytkujemy z żoną jutro, wybierając się na spacer plażą z Gdyni do Orłowa. Tam, w poleconym przez córkę lokalu z widokiem na grzywy fal, zjemy doskonałe naleśniki ze szpinakiem. Potem udamy się do Multikina, by obejrzeć (zarezerwowany, a jakże, przez internet) najnowszy film Woody Allena i wrócimy (bardzo nowoczesnym, gdyńskim autobusem pospiesznym, słuchając przez empetrójki sonat Blechacza, oraz najnowszej płyty Marii Awarii) do domu.
To jest życie, nieprawdaż!
wtorek, 7 kwietnia 2009
Miecia obywatelska
Wiele lat temu mieszkała przy mojej ulicy pewna dziewucha. Miała na imię Miecia i należała do Blokarzy. W bloku Mieci kobieta w suterenie trzymała w pokoju kozę. Były to lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, a w blokach (trochę innych niż teraz) mieszkali głównie robotnicy. Miecia namiętnie lubiła dyskutować na różne tematy, choć w dyskusji była dość porywcza. Więc kiedy dyskutant, na przykład poddawał w wątpliwość wiedzę Mieci na jakiś temat, ta pluła mu w twarz i tym sposobem eliminowała go z grona interlokutorów. W ten sposób dbała o swoje dobre imię i pozycję w grupie. Czasem wykluczony wracał z pięściami, ale na to Miecia miała starszego brata, który najczęściej kiblował, co nie miało w istocie znaczenia, bo sam fakt posiadania starszego brata bandyty, był dość odstraszający..
Miecia pewna była, że zna się na wszystkim, bo chodziła do szkoły. Z czego jej rodzice, analfabeci, byli niezwykle dumni. To budowało, jak sądzę, jej niezwykłą pewność siebie.

Początkowo metody stosowane przez Miecię oburzały i niektórzy ostentacyjnie opuszczali jej towarzystwo. Ale jak to zwykle bywa, wokół silnej i radykalnej dziewczyny, popartej kiblującym bratem, stworzyło się towarzystwo, które wkrótce zamieniło się w organizację mało demokratyczną i raczej nie przypominało klubu dyskusyjnego. Wreszcie Miecię, za zbyt nerwową dyskusję z pewnym studentem w ciemnym zaułku, zamknięto w tym samym zakładzie, w którym akurat kiblował braciszek. I tak skończyła się jej dominacja na naszej ulicy. Wkrótce też brat Mieci miał nieudany połyk i zmarł w celi na krwotok żołądka.
Dlaczego to piszę? Bo właśnie zajrzałem na pewne forum popularnego portalu dziennikarstwa obywatelskiego, na którym szanowni autorzy i autorki eliminują się niemiłosiernie, kasując sobie nawzajem posty, co przypomniało mi właśnie stare dzieje. Co ciekawe w twarz adwersarzom pluje również autorka, która zwykle piętnuje w zarodku wszelkie zachowania faszystowskie na portalu. Ta sama, która wsławiła się tekstem o tym, że wyrzuca niepochlebne na swój temat komentarze, bo hipotetyczny, przyszły pracodawca, gdyby to wygooglał, mógłby jej (również hipotetycznie) nie zatrudnić. Taka dziennikarska, obywatelska Miecia dbająca jak umie o swoje dobre imię.
Miecia pewna była, że zna się na wszystkim, bo chodziła do szkoły. Z czego jej rodzice, analfabeci, byli niezwykle dumni. To budowało, jak sądzę, jej niezwykłą pewność siebie.
"Wyeliminowany dyskutant"*
Dlaczego to piszę? Bo właśnie zajrzałem na pewne forum popularnego portalu dziennikarstwa obywatelskiego, na którym szanowni autorzy i autorki eliminują się niemiłosiernie, kasując sobie nawzajem posty, co przypomniało mi właśnie stare dzieje. Co ciekawe w twarz adwersarzom pluje również autorka, która zwykle piętnuje w zarodku wszelkie zachowania faszystowskie na portalu. Ta sama, która wsławiła się tekstem o tym, że wyrzuca niepochlebne na swój temat komentarze, bo hipotetyczny, przyszły pracodawca, gdyby to wygooglał, mógłby jej (również hipotetycznie) nie zatrudnić. Taka dziennikarska, obywatelska Miecia dbająca jak umie o swoje dobre imię.
* Pomnik na Powązkach, tytuł mój.
.
.
wtorek, 31 marca 2009
Moje odkrywcze wyprawy
Na mojej dzisiejszej wyprawie rowerowej napotkałem takie oto rośliny:

Kojarzą mi się z racji koloru z Dodą, naszą polską gwiazdą. Czy ktoś wie jak się te rośliny nazywają? Bo jeśli to ja pierwszy je odkryłem, to nazwę je "dodki".
A to niżej to jak mniemam czapla? Czy tu również wywęszyłem jakiś nowy gatunek brodzącego ptaka? Póki co jeszcze nie mam nazwy, choć z racji długości nóg ... Nie kończę, żeby nie było, że mi się wszystko z Dodą kojarzy.
Kojarzą mi się z racji koloru z Dodą, naszą polską gwiazdą. Czy ktoś wie jak się te rośliny nazywają? Bo jeśli to ja pierwszy je odkryłem, to nazwę je "dodki".
A to niżej to jak mniemam czapla? Czy tu również wywęszyłem jakiś nowy gatunek brodzącego ptaka? Póki co jeszcze nie mam nazwy, choć z racji długości nóg ... Nie kończę, żeby nie było, że mi się wszystko z Dodą kojarzy.
niedziela, 29 marca 2009
O sztucznych penisach w F1
Kubica był trzeci, wyprzedzał kilka okrążeń przed metą drugiego, zderzył się z nim i wyleciał z toru. Kubica twierdził w wywiadzie tuż po wyścigu, że gdyby nie wyleciał, walczyłby o pierwsze miejsce. Włodzimierz Zientarski (dziennikarz i komentator) w studiu Polsatu po wyścigu wyrzuca Kubicy, że się pchał, że powinien był odpuścić i wziąć trzecie miejsce. Pytam pana dziennikarza: a może bezpieczniej wziąć czwarte miejsce, albo jeszcze bezpieczniej siódme? A może najbezpieczniej w ogóle nie wsiadać do bolidu, który zasuwa z prędkością 300km/h po (często) zwykłych ulicach?
Rok temu, gdy walczak Hamilton brał wszystko, pamiętam Zienatrskiego, który zarzucał Kubicy kunktatorstwo.
Lubię Zientarskiego za jego serce do F1 i pasję, ale niestety trochę mi się nie podoba jego dziennikarstwo. Jako fachowiec powinien wiedzieć, że zwyciężają tylko ci, którzy mają ciąg na zwycięstwo. Nie na podium, na dobre miejsce, blichtr, laski i kasę, tylko na pierwsze miejsce, na puchar. I wyłącznie to dla nich się liczy.
Kubica jako jeden z niewielu w F1 ma owo parcie, co większość komentatorów zagranicznych dostrzegło i docenia.
Palikot na blogu pisze dziś o innym dziennikarzu, Mazurku, który zdrowo onegdaj obśmiał jego wymachiwanie sztucznym penisem i pistoletem. Dziennikarz Mauzrek ani chwili nie zastanowił się nad tym po co Palikot to robił. Dla Mazurka i dla wielu innych podobnych mu klasą dziennikarzy, każdy facet który macha nie swoim penisem to pajac, a z pajaca trzeba się śmiać. Tak są nauczeni. Nie potrzeba się zbytnio zagłębiać w sprawę. A sprawa, jak się okazuje dość głęboka, bo właśnie odebrała sobie życie jedna z ofiar policjantów, na których wybryki starał się zwrócić (i zwrócił, bo ich się sądzi) uwagę poseł Palikot. Za pomocą, nie swojego, penisa.
Zientarski (po przemyśleniu i wysłuchaniu wywiadu z Kubicą) oświadczył w końcu transmisji, że nie miał racji, że skoro Kubica mógł być pierwszy, to powinien był walczyć, zwłaszcza, że to nie on spowodował kraksę. A co napisze pan Mazurek po wpisie blogowym Palikota?
I nadal coś dla panów: lekko pijana Netrebko w Traviacie
czwartek, 26 marca 2009
Pisanie bloga
Sprawa wygląda następująco:
Daniel Barenboim nie jest może wybitnym specjalistą od Chopina, ale Noworoczny Koncert w Wiedeńskiej Musikverein poprowadził w tym roku bosko! Nieprawdaż?
Normalny człowiek pisze bloga wtedy, gdy nie ma nic lepszego do roboty. Ja akurat mam, więc nie piszę teraz bloga. To znaczy teraz akurat piszę, bo zostałem przymuszony, ale normalnie bym nie pisał. Czy to jasne?
Daniel Barenboim nie jest może wybitnym specjalistą od Chopina, ale Noworoczny Koncert w Wiedeńskiej Musikverein poprowadził w tym roku bosko! Nieprawdaż?
sobota, 21 marca 2009
Brudne, męskie buty - scenka
Marian umówił się z Tadeuszem w sopockim Złotym Ulu. Wiele lat temu grał tam na fortepianie miły, starszy człowiek, z którym lubił gawędzić. W przerwie wychodzili razem na zaplecze i Marian częstował pianistę dobrym, amerykańskim papierosem. Bo trzeba powiedzieć, że Marian palił mało, ale za to dobrze.

Rozmawiali na różne tematy, czasem też o kobietach. Pianista, jako człowiek starszy i doświadczony, udzielał dużo młodszemu towarzyszowi ważkich, życiowych wskazówek. Między innymi o tym jak poruszać się w przedziwnym świecie kobiet.
- Trzeba być zawsze uważnym – mówił, strzepując w charakterystyczny sposób, długim, wypielęgnowanym palcem, popiół z papierosa. - Musisz je bacznie obserwować i wyciągać wnioski. To świat zmieniający się dynamicznie, bez żadnych, znanych nam standardów.
- Słyszałem o tym – odpowiadał poważnie Marian i obaj zaciągali się dymem rozmyślając chwilę o owym zaczarowanym świecie.
- Musisz mieć zawsze czyste buty i nie używać mocnych słów. Zwłaszcza przy kobietach samotnych. Naskoczą na ciebie, a w kupie są silne, mimo że udają słabe. Nawet nie zauważysz jak cię zatłuką, zetrą na miazgę. Jeśli zrozumieją, że jesteś bezużyteczny.
- Bezużyteczny do czego? - pytał wtedy Marian.
- Do niczego - odpowiadał stary pianista i wypuszczał piękne koło z dymu.
- A do czego potrzebny jest właściwie kobiecie mężczyzna? – pytał po chwili Marian, zerkając na przemykające po zapleczu kelnerki.
- Tego nigdy się nie dowiesz. To ich tajemnica. Moi koledzy powiadają, że one same nie wiedzą. Poza tym to też się zmienia jakoś tak dynamicznie. Konia z rzędem temu, kto wie o co chodziło Nastazji Filipownej w Idiocie, prawda?
- No ale skoro nie wiadomo o co chodzi, to może chodzi, wie pan o co?
- To obiegowa, mizoginiczna opinia Marianie, nie powtarzaj jej - odpowiadał wówczas, trochę może zbyt nerwowo, pianista - to wytrych, którego mężczyźni używają zamiast klucza. Prawda, potrafi on otworzyć wiele drzwi, ale nigdy to nie będą twoje drzwi Marianie.
A Tadeusz znów nie przyszedł.
Rozmawiali na różne tematy, czasem też o kobietach. Pianista, jako człowiek starszy i doświadczony, udzielał dużo młodszemu towarzyszowi ważkich, życiowych wskazówek. Między innymi o tym jak poruszać się w przedziwnym świecie kobiet.
- Trzeba być zawsze uważnym – mówił, strzepując w charakterystyczny sposób, długim, wypielęgnowanym palcem, popiół z papierosa. - Musisz je bacznie obserwować i wyciągać wnioski. To świat zmieniający się dynamicznie, bez żadnych, znanych nam standardów.
- Słyszałem o tym – odpowiadał poważnie Marian i obaj zaciągali się dymem rozmyślając chwilę o owym zaczarowanym świecie.
- Musisz mieć zawsze czyste buty i nie używać mocnych słów. Zwłaszcza przy kobietach samotnych. Naskoczą na ciebie, a w kupie są silne, mimo że udają słabe. Nawet nie zauważysz jak cię zatłuką, zetrą na miazgę. Jeśli zrozumieją, że jesteś bezużyteczny.
- Bezużyteczny do czego? - pytał wtedy Marian.
- Do niczego - odpowiadał stary pianista i wypuszczał piękne koło z dymu.
- A do czego potrzebny jest właściwie kobiecie mężczyzna? – pytał po chwili Marian, zerkając na przemykające po zapleczu kelnerki.
- Tego nigdy się nie dowiesz. To ich tajemnica. Moi koledzy powiadają, że one same nie wiedzą. Poza tym to też się zmienia jakoś tak dynamicznie. Konia z rzędem temu, kto wie o co chodziło Nastazji Filipownej w Idiocie, prawda?
- No ale skoro nie wiadomo o co chodzi, to może chodzi, wie pan o co?
- To obiegowa, mizoginiczna opinia Marianie, nie powtarzaj jej - odpowiadał wówczas, trochę może zbyt nerwowo, pianista - to wytrych, którego mężczyźni używają zamiast klucza. Prawda, potrafi on otworzyć wiele drzwi, ale nigdy to nie będą twoje drzwi Marianie.
Po tych słowach gasił uważnie w popielnicy papierosa, kłaniał się i wracał do pracy. Marian zostawał jeszcze chwilę na zapleczu patrząc w ślad za niknącym w zadymionej sali mężczyzną. A gdy dochodziły go pierwsze nuty strego przeboju „Smoke gets in your eyes...” wstawał wolno i wychodził tylnym wyjściem, uśmiechając się do niezbyt młodej kobiety na zmywaku. Z pewnością bardzo samotnej, bo przyglądała się z wielką uwagą jego butom.
A Tadeusz znów nie przyszedł.
...yar
piątek, 13 marca 2009
O bogowie
- Twój bóg jest idiotą, powiedział Franciszek, odwrócił się i odszedł wolno, stukając parasolem o mokre kamienie. Leopold musiał złapać się ławki.
- Coś ty powiedział? - krzyknął słabym głosem.
Co on wie o mojej wierze, o moim bogu? O mnie wreszcie. Elegancka kobieta, przechodząca nieopodal, spojrzała na Leopolda z niepokojem. Wzrokiem spytała czy nic mu nie jest. Machnął, że nic. Odeszła oglądając się jeszcze raz, po chwili, przed zakrętem.
Nic mu nie jest. Poza tym, że ktoś właśnie zszargał świętość. Zbrukał go. On nigdy by tak o czyimś bogu nie powiedział. Nigdy. Zaraz, zaraz, ale przecież bóg jest jeden; Franciszek obraził też swojego boga. To nie ma znaczenia, że nie wierzy. Bóg jest, bo Leopold w niego wierzy całym sercem, całą duszą. Jakie znaczenie ma niewiara Franciszka wobec głębokiej wiary Leopolda?
Czy bóg ma istnieć, bo ktoś w niego wierzy? Albo nie istnieć, bo inny nie wierzy? Absurd. Ludzie wierzą, bo bóg istnieje. Jaki sens miałaby wiara bez boga? Stwórca nie wymyśliłby takiego absurdu.
Biedny, zagubiony człowiek, pomyślał Leopold. Obraża mnie, bo nie dostąpił łaski wiary. Cierpi, dlatego warczy i gryzie. On Leopold łaski dostąpił, chodzi do kościoła, modli się i jest mu łatwo. W każdym razie łatwiej. Ma swoją wiarę, którą pielęgnuję i która pozwala mu patrzeć na życie inaczej. Mądrzej. Pozwala mu na przykład zrozumieć cierpienie. Łatwiej mu też znosić niepowodzenia. A Franciszek? Biedny, zagubiony. Bez zasad, bez celu. Bóg go opuścił.
Dlaczego bóg opuścił Franciszka, a ukochał Leopolda? Tego nigdy się nie dowie, to tajemnica łaski. I boga, której ludzki umysł nie ogarnie. Bóg dał kiedyś szansę Leopoldowi i on ją wykorzystał, a tamten nie. I po śmierci trafi do nieba. A życie Franciszka, w najlepszym razie, skończy się w chwili śmierci. Chociaż nie. Przecież nie ma znaczenia, że Franciszek nie wierzy w piekło. Piekło go nie ominie. Będzie się smażył całą wieczność.
Bóg jest sprawiedliwy, a Franciszek mógł go przecież nie obrażać.
Nawet jeśli nie wierzy.
Leopold spojrzał w niebo, uśmiechnął się i dziarsko pomaszerował do domu.
- Coś ty powiedział? - krzyknął słabym głosem.
Co on wie o mojej wierze, o moim bogu? O mnie wreszcie. Elegancka kobieta, przechodząca nieopodal, spojrzała na Leopolda z niepokojem. Wzrokiem spytała czy nic mu nie jest. Machnął, że nic. Odeszła oglądając się jeszcze raz, po chwili, przed zakrętem.
Czy bóg ma istnieć, bo ktoś w niego wierzy? Albo nie istnieć, bo inny nie wierzy? Absurd. Ludzie wierzą, bo bóg istnieje. Jaki sens miałaby wiara bez boga? Stwórca nie wymyśliłby takiego absurdu.
Biedny, zagubiony człowiek, pomyślał Leopold. Obraża mnie, bo nie dostąpił łaski wiary. Cierpi, dlatego warczy i gryzie. On Leopold łaski dostąpił, chodzi do kościoła, modli się i jest mu łatwo. W każdym razie łatwiej. Ma swoją wiarę, którą pielęgnuję i która pozwala mu patrzeć na życie inaczej. Mądrzej. Pozwala mu na przykład zrozumieć cierpienie. Łatwiej mu też znosić niepowodzenia. A Franciszek? Biedny, zagubiony. Bez zasad, bez celu. Bóg go opuścił.
Dlaczego bóg opuścił Franciszka, a ukochał Leopolda? Tego nigdy się nie dowie, to tajemnica łaski. I boga, której ludzki umysł nie ogarnie. Bóg dał kiedyś szansę Leopoldowi i on ją wykorzystał, a tamten nie. I po śmierci trafi do nieba. A życie Franciszka, w najlepszym razie, skończy się w chwili śmierci. Chociaż nie. Przecież nie ma znaczenia, że Franciszek nie wierzy w piekło. Piekło go nie ominie. Będzie się smażył całą wieczność.
Bóg jest sprawiedliwy, a Franciszek mógł go przecież nie obrażać.
Nawet jeśli nie wierzy.
Leopold spojrzał w niebo, uśmiechnął się i dziarsko pomaszerował do domu.
piątek, 6 marca 2009
Delikatnie łaskocząc dziennikarski odbyt
*
Cóż, tak czasem się rzeczy mają, że facet coś tam niechcący przebije.
Kontrowersyjne zdanie dotyczyło pewnej młodej, ambitnej dziennikarki obywatelskiej, która zdenerwowała się, że zaśmiecam wątek nominacyjny do kolejnych piórek. Pióra są dowodem sukcesu dziennikarza i właśnie młodą, ambitną dziennikarkę zgłoszono do kolejnego wyróżnienia. A tu włażę ja i śmiecę swoimi śmiesznymi problemami. (Ponieważ w owym wątku mnie też polecano do pióra, poprosiłem, by tego nie robiono, bo pióra mnie mierzą. Nie napisałem od razu, że nie lubię piór, bo mam wrażliwy odbyt, gdyż byłem wówczas mało pobudzony).
Tak więc włażę ja, jak cham w gnojowicę, w przyjemny wątek i protestuję przeciw kastrującym właściwościom pierza, przez co znaczenie nagrody ulega przykrej dla ambitnej autorki deterioracji. Bo należy wiedzieć, że pióra na hipotetycznym portalu o którym mowa, nie służą do lepszego pisania, lecz do wycinania. Artykułów i komentarzy. Innym słowem - pierze cenzurujące. Ewenement na światową skalę.
Innych autorów ze mną dyskutujących z jakichś powodów autorka nie ostrzegła, a była na tyle opierzona, że miała realną możliwość mnie z forum skasować. Na dodatek już kiedyś mój komentarz wywaliła. Dlatego zareagowałem ostro. No i się stało co się stało. Właściwie nie wiem co się stało, bo ja się przecież nagle nie zmieniłem. Zawsze pisałem mocno. Może zmieniło się coś nagle w tych, którzy mnie zaczęli potępiać, a wcześniej wielokrotnie chwalili.
To być może.
Mówiono mi, że na omawianym portalu odbyło się już kilka wojen związanych z nagminnym usuwaniem komentarzy i cenzurą. Wielu dobrych autorów odeszło, bo nie mogło znieść wyrzynania, ciągłych afer i pouczeń. Mimo to nadal osoby dostatecznie upierzone, mogą moderować artykuły innych autorów. Tak zadecydowali panowie programiści i nadal władzę dziennikarską się rozdziela. I wciąż dochodzi do spięć, dowodem czego są niedawno wprowadzone ograniczenia w regulaminie moderacji.
"Ach te porywcze, niewyżyte, młode dziennikarki z piórkami łaskoczącymi odbyt.;)"To okropnie wulgarne (podobno) zdanie, ośmieliłem się wygłosić na forum pewnego portalu obywatelskiego, co spowodowało, że jego naczelny zagroził mi tygodniowym bananem, a dwie znamienite autorki, które, jak się wydawało, dotąd mnie lubiły, rozpoczęły spór, czy w temacie chamstwa przebiłem już wszystko, co się na portalu wydarzyło, czy może był jeszcze ktoś w jego historii, kto zachował się w stosunku do kobiety (dziennikarki?!) bardziej świniowato niż ja.
Cóż, tak czasem się rzeczy mają, że facet coś tam niechcący przebije.
Kontrowersyjne zdanie dotyczyło pewnej młodej, ambitnej dziennikarki obywatelskiej, która zdenerwowała się, że zaśmiecam wątek nominacyjny do kolejnych piórek. Pióra są dowodem sukcesu dziennikarza i właśnie młodą, ambitną dziennikarkę zgłoszono do kolejnego wyróżnienia. A tu włażę ja i śmiecę swoimi śmiesznymi problemami. (Ponieważ w owym wątku mnie też polecano do pióra, poprosiłem, by tego nie robiono, bo pióra mnie mierzą. Nie napisałem od razu, że nie lubię piór, bo mam wrażliwy odbyt, gdyż byłem wówczas mało pobudzony).
Tak więc włażę ja, jak cham w gnojowicę, w przyjemny wątek i protestuję przeciw kastrującym właściwościom pierza, przez co znaczenie nagrody ulega przykrej dla ambitnej autorki deterioracji. Bo należy wiedzieć, że pióra na hipotetycznym portalu o którym mowa, nie służą do lepszego pisania, lecz do wycinania. Artykułów i komentarzy. Innym słowem - pierze cenzurujące. Ewenement na światową skalę.
Innych autorów ze mną dyskutujących z jakichś powodów autorka nie ostrzegła, a była na tyle opierzona, że miała realną możliwość mnie z forum skasować. Na dodatek już kiedyś mój komentarz wywaliła. Dlatego zareagowałem ostro. No i się stało co się stało. Właściwie nie wiem co się stało, bo ja się przecież nagle nie zmieniłem. Zawsze pisałem mocno. Może zmieniło się coś nagle w tych, którzy mnie zaczęli potępiać, a wcześniej wielokrotnie chwalili.
To być może.
Mówiono mi, że na omawianym portalu odbyło się już kilka wojen związanych z nagminnym usuwaniem komentarzy i cenzurą. Wielu dobrych autorów odeszło, bo nie mogło znieść wyrzynania, ciągłych afer i pouczeń. Mimo to nadal osoby dostatecznie upierzone, mogą moderować artykuły innych autorów. Tak zadecydowali panowie programiści i nadal władzę dziennikarską się rozdziela. I wciąż dochodzi do spięć, dowodem czego są niedawno wprowadzone ograniczenia w regulaminie moderacji.
W instrukcji dla obywatelskich cenzorów redaktorzy ostrzegają, że NIE WOLNO "moderując" tekst, zwracać autorowi uwagi, że robi literówki, gdy samemu popełnia się błędy tego samego rodzaju. (Czyli opierzony nie powinien pisać na przykład tak: Uwarzaj na literuwki, bo robisz ich za durzo.).
To doprawdy już jakieś kuriozum. Informuję, że aby móc moderować samodzielnie teksty, trzeba mieć na owym portalu cztery pióra i poważną ilość artykułów. Powyższy tekst jest więc skierowany do autorów wyróżnionych czterokrotnie za osiągnięcia na polu obywatelskiego dziennikarstwa. Nie analfabetów.
Wchodzisz między wrony, musisz krakać jak i one. (Podobno przysłowia są głupotą narodów). Napisała mi je pewna starsza (stażem) dziennikarka, odnosząc się do mojego protestu względem pierza. Może i tak trzeba. Ale mnie się wydawało, że dziennikarstwo polega raczej na niezgodzie na to, co według nas głupie lub niesprawiedliwe i pokazywaniu tego światu. Myślałem, że dotyczy to również środowiska dziennikarza, czyli gazety lub portalu w którym publikuje.
Moja ogólna refleksja jest następująca:
Na zakończenie stosowny film:Wchodzisz między wrony, musisz krakać jak i one. (Podobno przysłowia są głupotą narodów). Napisała mi je pewna starsza (stażem) dziennikarka, odnosząc się do mojego protestu względem pierza. Może i tak trzeba. Ale mnie się wydawało, że dziennikarstwo polega raczej na niezgodzie na to, co według nas głupie lub niesprawiedliwe i pokazywaniu tego światu. Myślałem, że dotyczy to również środowiska dziennikarza, czyli gazety lub portalu w którym publikuje.
Moja ogólna refleksja jest następująca:
Niektóre portale obywatelskie przypominają mi jako żywo czaty. Tam też jest administracja, która nagradza (kolorkiem) grzecznych czatowników, a karze (banem lub kopem) niegrzecznych. Są operatorzy, którzy realizują swoje ambicje poprzez posiadanie władzy, jest dyrekcja, która władzę rozdziela. Władza też jest kastrująca, bo można delikwenta wywalić za mordę z pokoju i tym samym zabronić mu publikowania swoich głębokich przemyśleń. Z czego korzysta zapamiętale. Są pochlebcy, są koterie i są buntownicy. Są wreszcie banici, którzy wykluczeni ze społeczności uprzykrzają administracji życie. Jak ja teraz.
Taka jest ta nasza mała globalna wiocha. A na wiosce zawsze łatwo zarobić w ryja.
Taka jest ta nasza mała globalna wiocha. A na wiosce zawsze łatwo zarobić w ryja.
Za byle co.
...Yar
czwartek, 5 marca 2009
Podróż do Werony
Marian dowiedział się, że pewien portal organizuje konkurs pisarski z okazji Ósmego Marca. Gdyby wygrał, mógłby Jadźkę zabrać na dzień do Werony. Jeden dzień, to akurat tyle, żeby za wiele nie wydała. W chałupie się nie przelewało. Kiedyś wziął małżonkę w romantyczną podróż do Kazimierza. Czy do Kluczborka, teraz już nie pamięta, bo to było z okazji 10-tej rocznicy ślubu. Na tydzień ją wziął. Lało, nudziła się, łaziła po sklepach, po restauracjach i zrobiła debet na karcie. I to na początku miesiąca. Do końca roku pluł sobie w brodę. Czyli siedem trudnych miesięcy.
Problem z jednodniową Weroną był taki, że konkurs należało wygrać. Temat Marianowi średnio się spodobał: „Używając minimum tysiąca słów opiszcie idealną podróż w jaką chcielibyście zabrać swoje kobiety z okazji Dnia Kobiet”.
„Swoje kobiety”?! Raz użył sformułowania „moja kobieta”, w żartach, na imieninach u Tadzia i miał tydzień cichych dni bez obiadu. Gdy nieśmiało pytał czy ona wie jak straszną jest śmierć głodowa, słyszał:
- Podobno masz własną kobietę, może ona ci zrobi obiadek? Bo ja ani myślę!
Ale Jadźka nie musi wiedzieć od razu co wygrał, powie jej dopiero w Weronie. Tam mu gotować nie będzie.
.
Wymyślił, że może napisze poemat. To by dopiero było coś. I jakie oryginalne. Kiedyś przecież pisał wiersze. Jeszcze w ogólniaku. Szalenie romantyczne. Do Madzi i Kalinki. One się nie lubiły i nie było szans, aby się zgadały, że im dedykuje te same poematy.
Wziął zeszyt w kratkę, siadł przy biurku i zaczął tworzyć. Słabo mu szło. Skreślał, wycierał gumką, klął, rechotał i na zmianę płakał. Wściekał się i śmiał histerycznie, bujał nerwowo na krześle, aż się w końcu zwalił z hukiem na podłogę i boleśnie stłukł ramię. Nawet Jadźka na chwilę przerwała rozmowę, żeby spytać co się stało. Ale rozmasować zbolałego ramienia nie mogła, bo akurat gadała w ważnej sprawie z przyjaciółką przez telefon. Zwykle tak bywa, gdy jest mu niezbędna. Sam sobie ramię rozmasował i wrócił do pisania. Walczył do wieczora. Wypił przy tym piętnaście herbat i ćwiartkę wódki gorzkiej żołądkowej, zjadł osiem pomarańczy, dwie mandarynki, trzy Prince Polo w białej polewie i dwa Pischingery. Siedem razy był oddać mocz i raz poszedł do warsztatu poheblować, żeby złapać wenę. Na nic. Szło paskudnie ciężko. Późnym wieczorem polazł na strych i wyciągnął ze skrzyni starą marynarkę. Pisał w niej maturę i chyba właśnie wiersze. Wyglądała całkiem jeszcze nieźle. Zniósł do pokoju, przetrzepał i założył. Ale strasznie ciągnęła w plecach i nie mógł się ruszyć. Nie mówiąc o pisaniu. Pomyślał z satysfakcją, że się wzmocnił w barach.
Gdy dniało, miał dwie zwrotki. Trochę mało. Wcześniej wyliczył, że licząc pięć słów na wers, będzie potrzebował pięćdziesiąt zwrotek. Przeczytał głośno:
Mą kobietę wziąłbym do Werony
bardzo romantycznie, miło i subtelnie
ona w ładnej kiecce i na koniu wronym
ja na białym, a we włosy wpiął bym kwiaty letnie
Niosłyby nas kłusem szkapy rącze
tuż przy lesie, by wiatr w liściach szeptał pieśń miłosną
w nas by wrzały serca wciąż gorące
księżyc gasił w żyłach krew tętniącą.
- Ależ gówno – z obrzydzeniem trzasnął zeszytem o ziemię - nic już we mnie romansu nie ma! - krzyknął. - Cudaczne to i nieprawdziwe. I te szkapy jeszcze. Naciągane i wyjące jakieś. Rytm koślawy, nic tam z galopujących jambów ni trochei. Ani równe to, ani płynne. Kiedyś moje wersy maszerowały jak wojska napoleońskie. Teraz lezą niczym spróchniałe markietanki. Tym nie wezmę pierwszej nagrody w konkursie na poważnym portalu. Takim poematem może by się wygrało jakąś metaloplastykę w konkursie poetyckim w klubie osiedlowym. Do diaska. Muszę coś wymyślić – mruknął i poszedł spać, bo padał z nóg i ramię bolało.
Rano zbudziły go koty. Był marzec i chyba spółkowały na balkonie.
- Cisza do cholery! – wrzasnął - Poeta śpi!
Śniło mu się, że był na targach budowlanych. On, gdyby mógł wybierać, to w podróż marzeń pojechałby na jakieś duże targi dla majsterkowiczów. Najlepiej do Niemiec. Ci to mają asortyment. Ale Jadźka by się nudziła. Chociaż gdyby zrobiła debet, kupując wiertarki, wyrzynarki i inne niezbędne majsterkowiczowi narzędzia, nie miałby jej za złe. Wcale. Jadźka nie rozumie ile romantyzmu jest w heblowaniu prostego kawałka drewna. Takie struganie, poza tym, wyrabia muskuły potrzebne mężczyźnie w innych sprawach. Jeszcze bardziej romantycznych niż samo heblowanie. Chociaż jak tak się zastanawia, to Jadźka wcale już taka uczuciowa nie jest jak kiedyś. Chociaż ma napady, tyle że rzadsze. Co gorsze w mało odpowiednich momentach. On się, dajmy na to, kłóci z jakimś niedoważonym fagasem na forum, a ona go zachodzi z tyłu, obejmuje i całuje w karczek. I jemu cały nerw przechodzi, traci rezon i retorycznie się fagasowi podkłada. Reszta się śmieje, że się tak dał. On jest wściekły i raczej nici z przytulanki. Jadźka się dąsa i chowa mu gdzieś Heinekena na wieczór. On się ciska i romantyczny wieczorek szlag trafił.
Może rację ma Rene Girard, pisząc o „kłamstwie romantycznym”. Że romantyzm to miast wyrażania, raczej fałszowanie uczuć. I jedynie sentymentalna gestykulacja. Niczym hel z balonu, po którym płaczesz ze śmiechu, ale łzy nieprawdziwe. Może nie ma co się napinać z tą Weroną.
I Marian postanawia, że pójdzie zaraz do OBI i pomaca się z młotkiem pneumatycznym niemieckiej firmy Kress. Bowiem nic nie jest w stanie zastąpić prawdziwego uczucia mężczyzny do solidnego narzędzia. Żadna Werona, ani żadna kobieta. Nawet ósmego dnia marca.
...Yar
Artykuł miał wisieć na portalu wiadomości24. Od rana, gdy go dałem do moderacji, do 22:00 nie otrzymał akceptacji redakcji, dlatego wieszam go na blogu. Wygląda na to, że się panom redaktorom nie spodobał.
środa, 25 lutego 2009
Gotowość...
Nieprawdą jest, że nie wolno odkładać rzeczy na później.
Że koniecznie trzeba żyć teraz, od razu - pełnią płuc.
Jeśli pragnę robić w życiu coś naprawdę ważnego, muszę być na to przygotowany. Muszę się do tego sposobić.
Może się stać i tak, że życie przeminie, a ja gotowy nie będę.
Może się stać i tak, że życie przeminie, a ja gotowy nie będę.
Trudno.
Nieprzygotowany i tak niczego bym nie osiągnął.
Yar...
Szukałem na YouTube filmu z filozofem Jose Ortegą y Gasset'em. Oto co znalazłem. Uwielbiam za to internet.
/Koniecznie włączyć dźwięk!/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
