Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2009

Nowy wpis

Musiałem coś napisać, gdyż jak już pisałem, zamierzam zgłosić mojego bloga do konkursu na najlepszy blog 2009 roku. A oni tam nie tolerują długich przerw w notkach. Nie wiem jeszcze w jakiej kategorii zgłosić. Może w najmniej obsadzonej. Ale wygrać w kategorii słabo obsadzonej to obciach. Pomyślę jeszcze.

Po raz pierwszy widziałem dziś film o Katyniu Wajdy. Dobra robota panie Andrzeju. Brawo TVP Kultura!

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

... i po świętach

Święta się wreszcie skończyły, powoli wracamy do realnego życia. Na jutro planuję obiad na balkonie z boomboxem.  Będzie moja ulubiona zupa ze świeżych porów z kawałkami lekkiego sera i grzankami z patelni. Kończymy z kaczkami, pasztetem własnej roboty, małżami prowansalskimi oraz sernikiem wiedeńskim. W miejsce hałaśliwego Handla raczej skromny Bach.  Nie wiem nawet czy nie proste inwencje dwugłosowe. A prezydenckie małpki zastąpią zwykłą wódę. Jest potrzeba spokoju. 

PS. Google wprowadziły możliwość pisania notek SMS-ami. To dobrze. Będę mógł notować w czasie trudnych wypróżnień, co być może podbije dramatyzm bloga.
Yar...

wtorek, 17 marca 2009

Perły wśród wieprzy

Toczy się burzliwa dyskusja na temat WEB 2.0. Czy nowy, interaktywny internet, to rozwój człowieka, czy raczej jego skretynienie. Czy portale integrujące, blogosfery, forum, dziennikarstwo obywatelskie, to obniżenie dotychczasowych standardów publikacji, wiedzy, sztuki, dziennikarstwa, czy jego urozmaicenie, poszerzenie, rozwój? Czy pieśń użytkownika infosfery warta jest uwagi i notowania na twardych dyskach, czy to niepotrzebny balast i zaśmiecanie świata (w tym wypadku już też i realnego, bo buduje się wciąż nowe serwerownie, by całe potrzebne/niepotrzebne bogactwo/chłam gromadzić)? I czy ktoś z zewnątrz nie powinien tego wszystkiego weryfikować i odsiewać ziarna od plew?


Pewnie jakiś mądrala odpowie: we wszystkim ważny jest umiar, złoty środek. Mądrali odpowiadam: guzik prawda. W tym wypadku nie ma mowy o konsensusie. Tu sprawa rozbija się o ideę: wolność czy nadzór? Idea globalnej sieci to wolność, jak dotąd żadna próba jej okiełznania nie udała się. Internet będzie się rozwijał jak dotąd w olbrzymim pędzie i topił niezliczoną ilość (subiektywnego) dobra jak i zła, które na swej drodze napotka. Czy natrafi w końcu na jakiś zewnętrzny mur?

Jako duchowy liberał jestem absolutnie za tym, by ktoś taki jak ja, więc amator, mógł sobie czasem popełnić jakiś artykulik. Przyznam się, że do pasji doprowadzają mnie zadufane grafomanki, które piszą o sobie „my poetki” ( a czytam je akurat po lekturze, powiedzmy, Rilkego), publikujące tony szmiry na swoich koszmarnie niegustownych blogach. Lecz wiem, że ktoś może dokładnie to samo powiedzieć o mnie, mojej „twórczości” i moim blogu. Co to znaczy? Nic więcej ponad to, że nikt nie jest idealnym ekspertem, niczyja prawda nie jest najprawdziwsza. Każdy dobry ma nad sobą lepszego i nikt nie ma patentu na wiedzę absolutną. A to pozwala rozluźnić skostniałe procedury, zbuntować się i próbować tworzyć nowe.

Czy brak odgórnej kontroli jakości w necie to obniżenie standardów? Pewnie tak, ale któż te standardy ma ustanawiać, jak nie my sami. Miliony użytkowników infosfery. Czy mamy prawo oceniać, powiedzieć, że coś jest do kitu? Artykuł, wiersz, zdjęcie? Oczywiście tak. Ale tylko wtedy nasza ocena ma dla rozwoju netu znaczenie, gdy sami coś stworzymy. Chociażby komentarz pod niedorobionym artykulikiem na jakimś tandetnym portalu dziennikarstwa obywatelskiego, czy kulawą scenkę na blogu, albo profil na portalu społecznościowym. Lub nieostre zdjęcie dziecka na portalu fotograficznym z miliardem takich zdjęć. Mamy wtedy moralne prawo miażdżyć jednych, lub wychwalać pod niebiosa innych. Choćby najbardziej wiochowatym sformułowaniem jakie zna wirtualny świat: „Człowieku, jesteś wielki!”. Nawet gdyby, według innych, autor był karłem moralnym niskiego wzrostu. I tak to działa. Może dzięki naszemu „jesteś wielki” człowiek się (p)obudzi i ryknie niespodzianie czymś mocnym, lub ktoś inny zwróci uwagę na tekst, fotkę, wpis, znajdzie coś inspirującego, link i sam ryknie.

Mamy prawo budować nasz liberalny internet wedle własnych standardów i nie potrzeba nam żadnych zewnętrznych ekspertów. Artysta fotografik, choćby publikował w samym centrum NY dla NG i wymądrzał się na temat gównianego poziomu flikrujących - nie ma dla netu żadnego znaczenia. Bo nie jest stąd. Nic dla netu nie zrobił i nic nie zrobi. Jest bezwartościowy. Sami wiemy co dla nas dobre. To nasze społeczności tworzą mechanizmy i standardy promowania rzeczy wartościowych. Że jeszcze kulawe i pełne zasadzek? Z czasem łatwiej będzie wynajdować to, co lepsze. W oceanie rzeczy niełatwo znajdować perły.

Nie twierdzę jak Joseph Beuys, że każdy człowiek JEST artystą, ale uważam, że każdemu człowiekowi należy dać szansę, by artystą mógł być. Choć przez chwilę i cokolwiek miałoby to w internecie znaczyć. Czy jego pieśń będzie ważna, czy zostanie wygwizdana, zależy od nas, użytkowników.
Wolno nam śpiewać, wolno nam klaskać, wolno nam gwizdać, i nikomu nic do tego.

poniedziałek, 23 lutego 2009

O trudnej miłości do blogów i komentujących

Na W24 potworna afera związana z poprzednią notką dydaktyczną, do której się, przykro to mówić, przyczyniłem. Jest nieprzyjemnie, więc postanowiłem trochę popisać tu. Aż się tam uspokoi. A o czym pisać na blogu jak nie o blogach?
Państwo wybaczą, że dziś będę trochę sentymentalny.

Pamiętam swojego pierwszego bloga. Był jak pierwsza miłość. Cudny, wypieszczony. Wszystko w nim fascynowało tajemniczością, a świat wkoło kwitł, choć była późna jesień. Szablon wybierałem kilka dni. Szukałem nie bardzo infantylnego, ale też uważałem, by nie był zbyt męski, szowinistyczny. Żeby nie wystraszył kobiet, bo jak wiadomo, komentujące kobiety to sól bloga. Nie chciałem też by sugerował w jakiś sposób tematy notek, bo przecież nie miałem pojęcia o czym będę pisał.


Moja pierwsza notka / fot. BERG

Pierwszy wpis był jak defloracja. Nie będę opisywał szczegółów, ale łatwo nie poszło. Trochę przypominało poród. Nie wiem co czuje kobieta rodząca, ale słyszałem jak krzyczy. Pierworodny, którego na blogu urodziłem też było rozwrzeszczany. Niczym Gargantua.

Treści pierwszej notki dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że wydawała mi się lekka, a zarazem bardzo mądra. Nikt jej nie skomentował. Choć siedziałem wpatrzony w monitor całą godzinę, odświeżając co kilka sekund. Do czwartej nad ranem żaden komentarz się nie pojawił. O szóstej też nie było. Pomyślałem, że może ich przytkało, taka cudowna notka. Niepokoiło mnie tylko, że innych utalentowanych bloggerów komentowali. Na drugi dzień napisałem następną, potem trzecią i czwartą. I nic. Aż wreszcie urodziłem notkę genialną. Coś o egzystencjalizmie, trosce, Dasein itp. Wsadziłem w nią masę pracy i jeszcze więcej serca. I wreszcie pojawił się pierwszy komentarz. Mój pierwszy komentarz na moim pierwszym blogu pod genialną notką! Wyczekiwany i wytęskniony. Niczym nowy pączek storczyka podniesionego z martwych.

Komentarz był koszmarny i zupełnie nie na temat. Mało się nie rozpłakałem. Cały dzień łaziłem wkoło komputera nie wiedząc co zrobić. Co napisać. Żeby nie wystraszyć innych, przyszłych komentujących, a jednocześnie delikatnie zasugerować autorowi, że jest kompletnym debilem. Że niczego nie zrozumiał, źle odczytał i nie myśli. (Teraz sądzę, że pewnie trochę myślał, ale niewłaściwie). Wszedłem nawet na jakiś czat dla bloggerów i pytałem co z tym zrobić.
Po trzech obłąkańczych dniach i po czterech piwach nabrałem odwagi i wywaliłem blog razem z notkami i komentarzem w kosmos. Klasyczne delete z shiftem.

Drugi blog był dziwny. Walczący. Nerwowy. Zamknąłem go po miesiącu, bo komentatorzy nadal nie komentowali jak należało. Myślę, że rozumiecie. Oni nie komentowali moich artykułów tak, jak zasługiwałem, by mnie komentowano. Napisałem nawet cykl notek na temat właściwego, rozsądnego komentowania. I nic. Spierali się ze mną nadal nie w sprawach, na które liczyłem, a roztrząsali jakieś głupoty, które do roztrząsania zupełnie się nie nadawały. Próbowałem ich dyscyplinować, podpowiadać, wszystko na nic. W końcu coś pękło. Nie pisałem tydzień. Nawet nie zaglądałem na bloga. Cierpiałem.
Przed kolejnym delete wygłosiłem dramatyczną odezwę do narodu. Pisałem w niej, że jeśli się nie poprawią, internet zamieni się w dół kloaczny. A świetni autorzy (miałem głównie siebie na myśli) przestaną zupełnie pisać.

Potem był trzeci, czwarty, piąty blog. Myślę, że ludzie wzięli do serca mój apel, bo komentarze się zmieniły. Już mnie tak nie denerwowały. Dochodziło nawet do krótkich dyskusji. Nie wszystko kończyło się pyskówkami i wylewaniem pomyj. Coraz dłużej blogi trwały. Piąty prawie pół roku. Musiałem go, niechętnie, zamknąć, z powodu pewnej kobiety, która stwierdziła, że jestem nadęty i coś tam jeszcze, czego wstyd powtórzyć.
Tym razem nie pisałem odezwy do społeczności internetowej. Stworzyłem wiersz, który w prostych, żołnierskich rymach, wyrażał mój ból i rezygnację. Nie było w nim cienia dąsu.

To jest mój enty blog. Jak enta miłość. Powszedni, niezbyt już ekscytujący, trochę nieświeży, nostalgiczny. Kiedy go ukatrupię? Zależy wyłącznie od komentujących.
Bo przecież nie ode mnie.

Posłuchajcie teraz prawdziwego geniusza. Fortepianu:

video: genialny Thelonious Monk Quartet - Epistrophy (Paris, 1966)